Wrześniowa sobota 2024 i absolutnie perfekcyjne okno pogodowe musiało skończyć dobrą wyprawą i tak też się stało. Plan był taki, żeby z Doliny Strążyskiej przejść obok Giewontu (z opcją wejścia na sam szczyt pod warunkiem, że moja głowa na to pozwoli), a następnie przez Kopę Kondracką przejść do końca granią Tatr Zachodnich do Przełęczy Liliowe z opcją podejścia jak najbliżej do Świnicy. Tym samym niemalże domknąłbym już w całości polską część grani Tatr Zachodnich, której część już przeszedłem. Dodatkowym pomysłem było przejście czarnym szlakiem od Kuźnic do Doliny Strążyskiej z wejściem na Sarnią Skałę przy zachodzącym słońcu. W tym celu zarezerwowałem zjazd kolejką z Kasprowego na 16:20, który miał być chwilą wytchnienia po kilkunastu wymagających kilometrach. Taki był plan. Co z tego wyszło? Przed 6 rano zameldowałem się na z góry opłaconym parkingu przy Dolinie Strążyskiej (było na nim dosłownie kilka samochodów), aby punkt 6:00 wyruszyć na szlak. Przez chwilę było jeszcze ciemnawo, ale wystarczająco jasno, by poruszać się bez problemu. W niecałe 25 minut dotarłem do Polany Strążyskiej - trasa bardzo łatwa, idealna na rozgrzanie nóg szybkim krokiem. W między czasie słońce wstało i rozpoczęło rozświetlanie błękitu rozjaśnionego przez setki malowniczych drobnych białych obłoczków. Od Polany Strążyskiej do Grzybowca podejście jest już bardziej strome, ale dzięki temu udało mi się wyprzedzić kilkanaście osób, które ku mojemu zdziwieniu (też wpadło na taki sam genialny pomysł jak ja :) spotkałem na szlaku o tej porze. Pierwsze widoki zwiastujące udany dzień można podziwiać jeszcze przed szczytem Grzybowca, głównie na Dolinę Małej Łąki i górujące nad nią Czerwone Wierchy, majestat zaczyna odsłaniać także Giewont, zza którego wstawało słońce. Czerwony szlak staje się coraz bardziej malowniczy, a formacje skalne Baszt Giewonckich czy Giewonckiego Chłopka zachwycają w połączeniu ze stromo opadającymi ścianami Doliny Małej Łąki. Po 1:50 h dotarłem na Wyżnią Kondracką Przełęcz, gdzie oprócz kilku odpoczywających osób spotkałem kozicę, która stała tuż przy niebieskim szlaku na Giewont i wręcz zapraszała, aby wejść na szczyt. Szybko oszacowałem swoje możliwości, znikomą liczbę aktualnie przebywających osób na szlaku z ilością osób, które co prawda wyprzedziłem po drodze, ale z pewnością zaraz tu dotrą i zdecydowałem się na wejście na Giewont. Kask, rękawiczki i zanim się obejrzałem po 20 minutach jadłem śniadanie na szczycie. Aby uniknąć przeraźliwego lęku związanego z ekspozycją skoncentrowałem się po prostu na każdym stawianym kroku i trzymaniu łańcuchów, które dawały poczucie względnego bezpieczeństwa. Nie oglądałem się za siebie, tłoku nie było, więc wspinaczka, co ważne dla osoby z lękiem wysokości, szła gładko i własnym tempem. Miałem szczęście, bo na szczycie było może 10 osób (w sumie i tak było tłoczno). Wolę nie myśleć jak ciasno musi tam być, kiedy ludzi jest 5 razy więcej. Kanapka, herbatka i widoki jak z bajki przy leniwym porannym słońcu i już przy praktycznie bezchmurnym niebie. Utracona na podejściu energia wróciła w kilka chwil. Zejście wydawało się być trudniejsze niż wejście, zwłaszcza że patrząc pod nogi cały czas jesteś narażony na ekspozycję. Ale udało mi się oswoić ten szczyt, więc poszło gładko. Jednocześnie nie było kolejek i zatorów podczas schodzenia, co pomogło w szybkim zejściu. Zapewne 20 minut później zaczęłyby się już tworzyć korki, bo ok. 8:30 pod Giewont zaczęło podchodzić coraz więcej ludzi. Kondracka Kopa swoją łagodną formą zdawała się być niewinną górką, ale widok pnącego się gdzieś wysoko szlaku daje do myślenia i budzi respekt. Widokowo trasa cały czas urzekała. Raz po raz zatrzymywałem się, żeby zachwycić się widokiem i zrobić zdjęcia. Po 45 minutach dotarłem na Kopę Kondracką i tutaj znowu - widoki fantastyczne. Z Kopy Kondrackiej wyruszyłem rodzajem szlaku, który uwielbiam - widokową granią, prostą technicznie z kilkoma miejscami wymagającymi użycia rąk do wspinaczki/zejścia. Mógłbym zatrzymywać się co krok, aby chłonąć widoki i robić zdjęcia. Tak było tam pięknie. Na moje szczęście-nieszczęście większość ruchu czerwonym szlakiem odbywała się w przeciwną stronę, więc nie musiałem nikogo wyprzedzać, ale często ścieżka była na tyle wąska, że trzeba było szukać miejsca, żeby się ominąć. Nie było jednak "dramatu" i po 1:30 h dotarłem na Kasprowy Wierch. Tu był już "dramat" - po pierwsze w tym dniu odbywał się XVII Alpin Sport Tatrzański Bieg Pod Górę z metą na Kasprowym, a po drugie tak piękna pogoda przyciągnęła absolutne tłumy. I to wszystko skumulowało się na tym szczycie, z którego po krótkim odpoczynku uciekłem, aby dokończyć cel mojej podróży: Liliowe. Szlak z Kasprowego w kierunku Świnicy był już mocniej oblegany koło południa, ale na szczęście im dalej od Kasprowego, tym typ turysty zmieniał się na bardziej świadomego, co ułatwiało wycieczkę. Po 45 minutach dotarłem do Przełęczy Liliowe, a tym samym osiągnąłem główny cel swojej podróży. Miałem jednak duży zapas czasowy do odjazdu kolejki, więc zdecydowałem się podejść tak blisko Świnicy, na ile siły pozwolą. Przez chwilę nawet miałem myśl, że może i na ten wybitny szczyt dotrę ośmielony sukcesem wejścia na Giewont. I choć widoki rekompensowały postępujące zmęczenie, a widok przybliżającego się szczytu Świnicy działał jak magnes, to na Świnickiej Przełęczy zdecydowałem, że to kres mojej wędrówki. Zresztą godzina była niesprzyjająca - wiele osób ze Świnicy wracało, a jeszcze więcej się na nią wdrapywało i widoczne były zatory jeszcze na odcinku Świnicka Przełęcz - Pod Świnicą. Dodatkowo z tyłu głowy miałem godzinę odjazdu kolejki, na którą musiałem zdążyć. Odpoczynek i herbata w pełnym słońcu z widokiem na Cichą Dolinę zrekompensowały nie spełnione ambicje. 45 minut zajął mi powrót na Kasprowy, choć trochę ułatwiłem sobie życie korzystając ze skrótów poza szlakiem - tych, które omijają podejście pod Skrajną Turnią i szczyt Beskid, a z których to widoki podziwiałem chwilę wcześniej. O 14:00 zakończyłem pierwszą część marszruty. Mocno odczuwałem w nogach blisko 17km, 2000m podejść i prawie 1000m zejść. Godzinkę wykorzystałem na nadrobienie spalonych 5500kcal w restauracji i godzinkę na drzemce połączonej ze smażeniem się na słońcu na szczycie Kasprowego otoczony setką turystów. I na tym zakończyłbym moją relację z tej części wyprawy zapraszając na jej drugą część, ale niestety zdarzyło się coś, czego nie przewidziałem. Zgodnie z informacją na dużo wcześniej wykupionym bilecie na zjazd kolejką z Kasprowego na konkretną godzinę, miałem się zjawić 20 minut przed odjazdem przy bramce. Z racji tego, że odpoczywałem na górze nie zdawałem sobie sprawy, co dzieje się poniżej przy stacji kolejki. Okazało się bowiem, że utworzyły się dwie GIGANTYCZNE kolejki - jedna do kasy, druga dla osób z biletami. Okazało się również, że nie ma znaczenia, na którą masz bilet - musisz swoje odstać, aby dotrzeć do wagonika. Rozumiem sytuację, że zapewne przez bieg sprawy się "skomplikowały" w logistyce PKL, ale tym samym mój plan na zdobycie Sarniej Skały rozsypał się. Odstałem w kolejce ponad godzinę i załapałem się na zjazd 45 minut po czasie, a zachodu słońca nikt już o ten czas nie przesunął. Tym samym po prostu zjechałem do Kuźnic i ul. Przewodników Tatrzańskich, a następnie ul. Czecha dotarłem do Drogi Pod Reglami, która tuż po zachodzie słońca doprowadziła mnie do parkingu u wylotu Doliny Strążyskiej.
Komentarze